9/25/14 3:30 PM

Jak nie zabić w dziecku sportowca ?

Jak nie zabić w dziecku sportowca ?

Warto przeczytać ! Czy mali mistrzowie będą dużymi mistrzami ?

Oglądając sportowe zmagania, można odnieść mylne wrażenie, że wygrana lub przegrana to w zależności od dyscypliny kwestia minuty, godziny, kilku godzin. Jedne zawody, jeden bieg, jeden mecz decyduje o sukcesie. Jednak droga do mistrzostwa zaczyna się już w dzieciństwie. O tym, jak nie zabłądzić już na starcie, jak pójść drogą Kamila Stocha a nie Mateusza Rutkowskiego, opowiedział nam Grzegorz Więcław, ekspert serwisu psychologiasportu.pl
 
*Grzegorz Więcław jest ekspertem serwisu psychologiasportu. Ukończył studia w Kanadzie, Finlandii i Niemczech. Obecnie mieszka w rodzinnych Gliwicach. Prowadzi firmę konsultingową "Głowa Rządzi", która zajmuje się treningiem mentalnym dostosowanym na potrzeby sportu i szeroko pojętej kultury fizycznej. Pracuje ze sportowcami i trenerami różnych dyscyplin oraz z nauczycielami i rodzicami młodych sportowców. Publikuje i tłumaczy

 

Paweł Jeleniewski: Jak nie zabić u dziecka naturalnej potrzeby ruchu?

 

Grzegorz Więcław*: Na dzieci wpływa wiele wzorców. Są to przede wszystkim rodzice, którzy spędzają z nimi zwykle najwięcej czasu. Jeśli po pracy tata i mama siadają przed telewizorem, odpalają papierosa i otwierają piwo, to dzieci z pewnością takie zachowania zauważą i prędzej czy później będą je mniej lub bardziej świadomie powielały w swoim życiu. Neurony lustrzane, które są bardzo rozwinięte u homo sapiens, cały czas pracują. Klasycznym przykładem tego, jak one pracują jest ziewanie w tramwaju. Wystarczy, że zdarzy się to jednej osobie, a zaraz ziewać zaczynają pozostałe. Podobnie jest z aktywnością fizyczną. Jeśli tego wzorca nie ma na początku, to potem będzie bardzo trudno go zaszczepić.

 

Drugim miejscem, skąd dzieci biorą przykład, jest szkoła. Tam mamy zajęcia z WF-u, które są prowadzone z mniejszą lub większą pasją nauczyciela. Ta pasja i zaangażowanie są niezwykle ważne, bo dzieci w szkole bardzo często utożsamiają przedmiot z osobą nauczyciela. Język polski to pani Jola, którą dziecko uwielbia, a nie zwykła lekcja. Tak samo jest z WF-em. Jeśli nauczyciel jest dobry i potrafi zaszczepić sportowego bakcyla uczniowi, to jest szansa, że nawet jeśli rodzice nie są aktywni fizycznie, dziecko będzie. Jest taka zasada: „nie mogę kogoś zapalić, jeśli sam nie płonę”. O tym trzeba pamiętać.

 

Jakie czynniki wpływają na rozwój przyszłego sportowca?

 

Czynników wpływających na końcowy sukces, czyli dajmy na to mistrzostwo w sporcie, jest wiele. Psychika i ogólny rozwój psychospołeczny to z pewnością jeden z nich.

 

Kolejne czynniki to przygotowanie techniczne, taktyczne, środowisko, w którym mały człowiek się wychowuje. Trudno na przykład szukać skoczków narciarskich w Szczecinie, oni będą raczej z południa, z gór. Chociaż pamiętamy bobslejowy team z Jamajki na igrzyskach olimpijskich w Calgary. To dowód, że jak się bardzo chce, to można praktycznie wszystko. Potrzebna jest tylko determinacja.

 

Skąd się ona bierze?

 

Na początkowym etapie przede wszystkim z naturalnej potrzeby aktywności fizycznej. Żadne dziecko nie jest aktywne, bo lubi się spocić. To jest skutek uboczny. Wysiłek przychodzi sam, bo lubię z kolegami porzucać do kosza, pograć w nogę, pobiegać z rodzicami podczas pikniku, pograć we frisbee, itd.

 

Motywacja bierze się zatem również z poczucia przyjemnie spędzonego czasu, najczęściej w gronie najbliższych osób. W młodym wieku zabawę właśnie powinno mieszać się z treningiem ukierunkowanym, potrzebnym, żeby rozwijać konkretne umiejętności.

 

A co z wynikiem?

 

Z perspektywy psychologii sportu, wynik to tylko jedna wypadkowa nad którą pracujemy. Pozostałe to satysfakcja, frajda i zaangażowanie w sport przez całe życie. Niestety nierzadko trenerom i rodzicom takie rzeczy umykają, bo presja na obiektywny wynik jest monumentalna. Nawet w młodym wieku.

 

Jak tego uniknąć?

 

W psychologii rozwojowej sportu mamy dwa pojęcia - ukierunkowana zabawa i ukierunkowany trening. Jedno i drugie rozwija umiejętności, W sporcie dzieci i młodzieży, jeśli już odkryjemy talent, przechodzimy jak najszybciej do ukierunkowanego treningu. Nie dajemy dzieciom się „wybawić”. Na efekt takiego treningu musimy długo czekać. Motywacja do takiego treningu, szczególnie w młodym wieku jest raczej zewnętrzna a zasady są sztywne. Trening możliwy jest w konkretnym miejscu. Szczególnie, jeśli mówimy o dyscyplinach wymagających sprzętu.

 

Ukierunkowana zabawa daje natychmiastowy efekt. Dziecko odczuwa przyjemność z obcowania z rówieśnikami, z uprawiania ulubionej dyscypliny sportu. To buduje motywację wewnętrzną do dalszego zaangażowania w sport czy aktywność fizyczną.

 

Przy zabawie ukierunkowanej zasady są elastyczne i ukierunkowana zabawa jest możliwa w różnych kontekstach. To nie tak, że biorę kalendarz i wpisuję: „w piątek od 13 do 18 będę bawił się z synem”. Jeśli chcemy pograć w piłkę, a nie mamy zbyt wielu zawodników, to gramy na jedną bramkę, nie ma kartek, autów. To pozwala młodym ludziom nabrać ogłady, rozwinąć na podwórku umiejętności psychospołeczne i tego nie możemy zabierać dzieciom, nawet jeśli widzimy w nich wielki sportowy talent

 

Ostatnio coraz młodsze dzieci zapisuje się do klubów. Na przykład organizowane są treningi piłkarskie dla 3-4 latków. Opierają się one głównie na zabawie. Chyba trochę zabieramy dzieciom możliwość hasania na podwórku i ruch staramy się wcisnąć w jeden kontekst. Jeśli chodzi o trzylatki trenujące w klubach, to myślę, że wiele zależy czy są one dobrze prowadzone przez trenera, animatora. Posłużę się przykładem. Mamy przed sobą sprawnego 6-latka Wszystko wskazuje na to, że będzie dobrym biegaczem, zakładamy więc, że za 10 lat pojedzie na mistrzostwa Europy i rozpoczynamy treningi ukierunkowane. Czy to decyzja tego młodego człowieka? Oczywiście, że nie. W tak młodym wieku zbyt słabo jest rozwinięta autonomia. Taki 6 latek nie jest w stanie samodzielnie zadecydować, czy będzie biegał, skakał w dal, czy będzie plastykiem albo prawnikiem.

 

Jeśli jednak u tego dziecka za pomocą ukierunkowanej zabawy stworzymy podstawę, w postaci radości z uprawiania sportu, ciekawości aktywności fizycznej, to taki człowiek nawet jeśli w przyszłości nie zwiąże swojego życia ze sportem zawodowo, to i tak po pracy pójdzie na siłownię, pobiega, pojeździ na rowerze i będzie aktywny. To też jest ważne.

 

U wczesnych „specjalizatorów”, po tzw. wyjściu ze sportu obserwujemy brak aktywności fizycznej.

 

Próbują odbić sobie „stracony czas”?

 

Być może. Może mają złe skojarzenia? Aktywność fizyczna kojarzy im się z bólem fizycznym i emocjonalnym, z przetrenowaniem, wypaleniem. Specjalizacja wiąże się z ciągłymi wyjazdami na zawody. Dziecko spędza coraz mniej czasu z kolegami i koleżankami z klasy i traci ważne rozwojowe doświadczenia.

 

To w jakim wieku dziecko potrafi samo podjąć decyzję, że chciałoby zająć się sportem na poważnie?

 

Teraz na czasie w psychologii rozwojowej sportu jest model uczestnictwa w sporcie. Daje on nam dwie ścieżki do wyboru. Pierwsza to ta, o której mówiliśmy, czyli wczesna specjalizacja.

 

Druga ścieżka to tzw. "wczesne zróżnicowanie prób sportowych”. Ona też wiążę się z wczesnym wejściem do sportu. Zanim jednak zdecydujemy się na konkretną dyscyplinę, przechodzimy lata próbkowania. Przypadają one na szkołę podstawową. W tym czasie próbujemy różnych sportów. Duża rola rodziców, żeby dać taką możliwość.

 

Potem na etapie gimnazjum rodzice i dzieci zastanawiają się czy istnieje taka dyscyplina, która naprawdę dziecku się spodobała. W tym wieku już naprawdę można z młodym człowiekiem nawiązać rozmowę. Wbrew pozorom pierwszoklasiści w gimnazjum są już na dość wysokim poziomie dojrzałości w określaniu tego, co chcą, a czego nie chcą.Jeśli podejmiemy decyzję, zwiększamy objętość ukierunkowanego treningu. Kiedy taki zawodnik osiągnie już poziom mistrzowski, to najprawdopodobniej będzie się cieszył lepszym stanem zdrowia i będzie miał większą przyjemność oraz satysfakcję z uprawiania sportu.

 

Druga gałąź ścieżki próbkowania jest taka, że młody człowiek może powiedzieć w gimnazjum: wolę zostać menadżerem, plastykiem i odchodzi od klubu lub zostaje, ale nie wiąże ze sportem większych nadziei na życie. Tu zaczyna się ścieżka rekreacji aktywnego obywatela, który uprawia sport dla siebie i lepszego samopoczucia..

 

Czyli jesteś zwolennikiem tej drugiej ścieżki?

 

Sam na ten temat prowadziłem badania w Finlandii i one nie do końca potwierdziły hipotezę wczesnego zróżnicowania prób sportowych.

 

Nie potwierdziły?

 

Nie potwierdziły, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. W literaturze negatywnych skutków wczesnej specjalizacji jest bowiem bardzo dużo. Andre Agassi jest najlepszym przykładem. Najbardziej utytułowany tenisista świata, a w autobiografii napisał tak: „Choć gram w tenisa, to nienawidzę go z całego serca, z sekretną i ciemną pasją. Zawsze tak było”.

 

Agassi zmagał się z depresją, wypaleniem, uzależnieniem od narkotyków. Brakowało mu umiejętności psychospołecznych, żeby wchodzić w relacje z innymi ludźmi. Jego pierwsze małżeństwo skończyło się fatalnie. Jednak jeśli spojrzeć na jego osiągnięcia - 76% wygranych meczów, złoty medal olimpijski, osiem tytułów Wielkiego Szlema, pierwszy człowiek w historii, który zdobył Złotego Szlema i zarobił na korcie ponad 30 milionów dolarów.

 

Ale nie był szczęśliwy.

 

No właśnie. Dopiero teraz układa sobie życie, a na kort wraca niechętnie.

 

Drugim biegunem jest Federer, który zaczął grać w tenisa, kiedy miał 8 czy 9 lat. Wcześniej grał w piłkę i próbował różnych sportów.

 

Rafa Nadal podobnie. Przykładem z naszego podwórka jest Justyna Kowalczyk. Wcześniej biegała, grała w ręczną, kosza. Pierwszy kontakt z narciarstwem miała dopiero w wieku 13 lat.

 

Negatywnych skutków wczesnej specjalizacji jest dużo, m.in. ograniczony wszechstronny rozwój organizmu, większe ryzyko kontuzji, wcześniejsze wypalenie i brak zainteresowania aktywnością fizyczną po zakończeniu kariery. No i jeśli już sportowiec zostanie wykluczony z tego sportu na przykład przez kontuzję, często nie wie, co ze sobą zrobić, Jeśli młody sportowiec jest cały czas pod presją środowiska, w którym funkcjonuje, istnieje duża szansa, że w końcu nastąpi sprzężenie zwrotne. To jak z naciskaniem na sprężynę. Jeśli zrobisz to za mocno i nieumiejętnie, w końcu nie utrzymasz jej pod palcem i odskoczy.

 

Profesor Arne Güllich z Uniwersytetu w Kaiserslauthern przeprowadził interesujące badania całego systemu szkoleniowego z Niemiec. Podzielił sportowców na cztery klasy: poniżej regionalnej, regionalną, krajową i światową.

 

Klasa krajowa i klasa światowa przetrenowały najwięcej godzin w swojej dyscyplinie. Dużo więcej, niż pozostałe grupy. Kiedy jednak porównał obie klasy ze sobą, pojawiło się rozwarstwienie. Nie było statystycznie znaczącej różnicy między godzinami spędzonymi na treningach w danej dyscyplinie, ale była różnica w sesjach treningowych w innych dyscyplinach. Sportowcy światowej klasy mieli ich zdecydowanie więcej. Badanie przeprowadzone w późnych latach 90. było zakrojone na olbrzymią skalę, obejmowało niemal wszystkie dyscypliny sportowe w Niemczech.

 

Czyli jeśli postawimy na wszechstronny rozwój dziecka, możemy się spodziewać, że kiedyś będzie dobrym sportowcem?

 

Nie tylko o to chodzi. Kolejną rzeczą ważną dla wychowania sportowca najwyższej klasy jest doświadczenie traumy porażki. Mówi o tym Dave Collins z Uniwersytetu w Central Lancashire. Nie chodzi o to, żeby sportowcy ciągle przegrywali,. Jednak dzięki porażkom na poziomie juniorskim uczą się jak radzić sobie z takimi sytuacjami. Jeśli jeden zawodnik ciągle wygrywa i klepią go tylko po ramieniu, to pewnie prędzej czy później osiądzie na laurach. A ten gość, który zawsze na zawodach jest za nim zagryzie zęby i będzie trenował jeszcze ciężej, żeby kiedyś być najlepszym. Mam tu zebranych kilku sportowców polskich sportowców, którzy na poziomie juniorskim wyróżniali się, zdobywali medale mistrzostw świata. Na przykład wiesz, kto to jest? (pokazał zdjęcie?)

 

Żużlowiec.

 

Dokładnie. To Karol Ząbik ogromny talent, czterokrotny mistrz świata juniorów. Trzy razy w drużynie, raz w indywidualnie. Potem jeździł już tylko na przeciętnym poziomie. Kolejny przykład to skoczek Mateusz Rutkowski. Mistrz świata juniorów i srebrny medalista w drużynie. Z resztą ten drugi tytuł zdobył z Kamilem Stochem, który wtedy indywidualnie nic nie osiągnął. Sam Adam Małysz określił Rutkowskiego swoim następcą. O kim teraz jest głośno? Rutkowski - problemy z nadwagą, z dyscypliną.. Skacze w Zakopanem, ale emocji dostarcza nam Stoch.

 

Ostatni przykład to Maciej Pałyszko. Mistrz świata juniorów w rzucie kulą z 1996 roku, rok później mistrz Europy juniorów i potem nic. Co się stało? Dlaczego on poszedł taką ścieżką, a Szymon Ziółkowski, który zdobywał juniorskie laury dwa lata wcześniej, osiągnął tak wielki sukces i zdobył tyle medali na imprezach seniorskich? Dobre pytanie.

 

Gdyby przedstawić drogę jakiegokolwiek sportowca do mistrzostwa w postaci funkcji matematycznej, to wykres nie byłby wznoszącą prostą. Byłby raczej linią krętą, nieregularną, z upadkami i wzlotami.

 

To znaczy?

 

Jeśli młody sportowiec ciągle wygrywa i ma świetny system wsparcia, specjalistów wszystkich dziedzin, to nie ma szansy, żeby wyrobił własny sposób na radzenie sobie z trudnymi sytuacjami - presją, porażka, kontuzją, odrzuceniem.

 

Dlatego szukając przyszłych mistrzów, obserwowałbym raczej tych sportowców, którzy na poziomie juniorskim nie wygrywają, ale na przykład docierają do finału. To są te osoby, które mają wystarczająco dużo zacięcia i determinacji. Może mają nieco mniej talentu, ale są bardziej pracowici i w pewnym momencie, prześcigną tych, którzy zdobywają teraz medale na poziomie juniorskim.

 

Trzeba umieć zarządzać porażką i sukcesem. U tych, którzy ciągle wygrywają istnieje duże ryzyko, że spoczną na laurach, bo nie potrafią dobrze zarządzać swoim sukcesem. Zarządzanie porażką jest dużo prostsze, bo wiemy, że trzeba coś zmienić. Zarządzanie sukcesem w sporcie młodzieżowym jest dużo trudniejsze, bo jeśli tego nie zrobimy rzetelnie, to sukces potem może odbić się czkawką.

 

To jest jakiś sposób, na tonowanie zbytniej pewności siebie u młodego sportowca?

 

Przede wszystkim niezależnie od osiągnięć chwalić za włożoną pracę. To jest bardzo ważne. W ten sposób budujemy tak zwane ukierunkowanie na rozwój. Dzięki temu młody człowiek wie, że osiągnął sukces, bo włożył w to dużo wysiłku. Jeśli mu nie wyszło, to znaczy, że musi pracować jeszcze więcej.

 

Rodzice często chwalą dziecko za to, że dostało piątkę - „jesteś taki mądry” mówią, a nie : „super, dostałeś piątkę, bo widziałem, jak pracowałeś i to się opłaciło”. Mówią dzieciom, jakie są, a nie dlaczego takie są. To jest subtelna różnica, ale bardzo ważna.

 

Obserwuję pewną zmianę pokoleniową. Pracujesz w szkole sportowej, ja też chodziłem do szkoły sportowej, ale o specjaliście od treningu mentalnego nie było mowy. Była pani pedagog, siedemdziesięciolatka w chodakach, która nie miała żadnej wiedzy na temat sportu.

 

To jest właśnie nasza bolączka. Często jest tak, że jakiś klub decyduje się na współpracę z psychologiem sportu. Stwierdzają, że to potrzebna rzecz, ale dzwonią już do psychoterapeuty. Taki specjalista, który podejmuje się wyzwania przychodzi i pracuje za pomocą swojego warsztatu. To też jest pewnie przydatne, nie mnie to oceniać, ale wydaje mi się, że sportowcy, trenerzy i organizacje sportowe oczekują innej usługi. Treningu mentalnego nastawionego na optymalizację osiągnięć sportowych.

 

A nie kogoś kto zabierze ich z powrotem do ich dzieciństwa

 

Trochę stereotypowo, ale niech będzie to jako przykład. Tym sposobem sportowca rozkłada się na czynniki pierwsze. Dlatego w psychologii sportu pracujemy bardziej jako trenerzy, a nie terapeuci. Skupiamy się na tym, co jest dobre i co jeszcze możemy poprawić, a nie na tym jaki masz problem.

 

Motywujecie

 

To też, ale skupiamy się przede wszystkim na psychoedukacji, na umiejętnościach mentalnych, które pomagają zwyciężać i odczuwać większą satysfakcję z zaangażowania w sport. To są równolegle ścieżki. Nam nie tylko zależy na wyniku, ale też na satysfakcji z uprawiania sportu na każdym poziomie.

 

Jeszcze przed IO w Soczi czytałem wywiad z psychologiem, który mówił o Kamilu Stochu. Powiedział, że dziennikarze powinni pytać o wszystko, byle nie o skoki w konkursie. Dlaczego?

 

No tak, nie możemy jednocześnie myśleć i skakać. Jest czas na analizę i wypracowanie pewnych rzeczy w okresie przygotowawczym. Jednak kiedy jesteśmy już w kontekście zawodów, chcemy, żeby pewne reakcje były automatyczne. Kamil Stoch siedząc na belce już nie myśli o tym, co ma zrobić, bo te pół sekundy różnicy może być kluczowe. On po prostu robi. Chodzi o automatyzm, stan przepływu. Trzeba skupić się wyłącznie na zadaniu. Kamilowi się to udało w stu procentach.

 

Skoczkowie w ogóle mają świetny sztab. W sporcie dzieci najczęściej „sztab” to rodzice i trener. Jak dobrze współpracować?

 

W tym wypadku istnieje trójkąt zależności, na którego wierzchołkach znajdują się rodzice, dziecko i trener. Najlepiej, jeśli podstawą trójkąta jest linia komunikacyjna między rodzicem a trenerem. W sporcie wczesnoszkolnym trener nie ma aż tak dużo kontaktu z dzieckiem, dlatego ciężar tego zadania spada głównie na rodziców. Stąd potrzeba bardzo dobrego przepływu informacji od rodziców do trenera i na odwrót. Następnym etapem jest komunikacja rodziców i trenera z zawodnikiem, tak żeby przekaz był spójny. Komunikaty nie mogą się wykluczać.

 

Na późniejszym etapie trenerzy często nie bardzo lubią, jak rodzice przychodzą na treningi i wtrącają się do szkolenia. Wówczas najlepiej jest porozmawiać. Ludzie nie zawsze doceniają wartość rozmowy.

 

Jak wystrzegać się bycia szalonym rodzicem na trybunach?

 

Duża w tym odpowiedzialność trenera. Musi poczynić pewne założenia i za każdym razem, kiedy takie sytuacje mają miejsce, wypraszać takich rodziców z trybun. W akademii, z którą kiedyś współpracowałem, była taka zasada, że rodzice mogą przychodzić na trening, ale nie mają prawa się odzywać. Jeśli się odezwą, wylatują. Druga zasada była taka, że jeśli nie będą chcieli wyjść, to zabierają ze sobą małego piłkarza.

 

To założenie trenera było konsekwentnie realizowane i przyniosło zamierzony efekt. Nie może dochodzić do takiej sytuacji, że jedni rodzice mogą komentować, bo na przykład skończyli AWF, a drudzy nie. Liczy się konsekwencja.

 

W Kanadzie, gdzie studiowałem, mówi się o zjawisku „hockey mom”. Są to mamy, które chodzą na mecze hokeja swoich dzieci i krzyczą z trybun. Hokej to sport kontaktowy, w NHL dochodzi często do bójek. Znowu działają tu neurony lustrzane. Dzieci obserwują swoich idoli i chcą być takie same jak oni. Kiedy na boisku dochodzi do konfliktu, matki zachęcają dzieci do bójek! Tak nie może być.

 

źródło: sport.pl